Operacja Lgiń 24 (relacji z obozu część kolejna)

Poznaliście już relację Rosjan, teraz kolej na Polskę. Z ich strony ta rozgrywka wyglądała nieco inaczej, ale warto przeczytać. Chciałabym jeszcze w tym miejscu podziękować chłopakom z 38 WDS „Target” za pozwolenie na opublikowanie tej relacji na blogu.

Pierwsza grupa szturmowo- uderzeniowa ze wsparciem snajperskim na pełnej prędkości łodzi bojowej desantowała się u wybrzeży Zatoki Węży.

Każdy z operatorów posiadał na sobie 45 kg sprzętu oraz broń.

Nurt był tak silny ( nurtomierz pokazywał 80 mph), że operatorom ciężko było utrzymać się na nogach. Jednego z nich fala powaliła na kolana. Na szczęście dzięki butlom z tlenem oraz szybkiej interwencji reszty drużyny komandos szybko wydostał się na brzeg.

Od razu po desancie spotkała nas niemiła niespodzianka- mianowicie na brzegu naszym oczom ukazał się kilkudziesięciometrowy wąż rzeczny. Był bardzo niebezpieczny. Tududu- tududu.

Bestia prawie dziabnęła jednego z operatorów, ten jednak dzięki wieloletnim treningom i znakomitemu wyszkoleniu zdołął uniknąć uderzenia i jednym celnym ciosem zwalił węża z nóg.

Już kilkanaście minut później oddział przedzierał się przez dżunglę ( hmmmmm… tak samo było w Wietnamie w sześćdziesiątym czwartym).

Dotarliśmy do terenu podmokłego. Na szczęście było sucho. Następnie wykonaliśmy manewr przebycia rowu.

Podążając dalej na północ natknęliśmy się na wielki sosnowy las, prawdziwą tajgę ( podobną do tych, które widziałem w Rosji, w siedemdziesiątym piątym, kiedy zwalczałem Czeczenów). Tam postanowiliśmy zrobić sobie krótką, taktyczną przerwę.

Następnie otrzymaliśmy rozkazy od dowództwa z poleceniem zmiany kierunku marszu na zachód, w stronę jeziora Lgińskiego.

Tam natknęliśmy się na kolejną przeszkodę. Była nią wielka rzeka ( z naszych pomiarów wynikało, że miała ona około 154 metry i 22 centymetry). Na szczęście w przeprawie pomogła nam grupa taktycznych bobrów, które w mgnieniu oka postawiły tamę i zmniejszyły poziom wody do 16 metrów.

Postanowiliśmy przepłynąć rzekę wpław. Na szczęście jedyną stratą była mokra nogawka spodni jednego z naszych operatorów.

Gdy od brzegu dzieliło nas niecałe 50 metrów ujrzeliśmy leżące tam krokodyle. Miały przewagę liczebną i lepszy sprzęt. Jednak dzięki naszym nadzwyczajnym umiejętnością pracy ze zwierzętami nabytymi w Boliwi w pięćdziesiątym siódmym, udało nam się zinihilować przeciwników.

Jeden z naszych operatorów- Tymek postanowił dokonać aktu dywersji i dał się połknąć krokodylowi, po czym spowodował wytrzewienie bestii wydrążając sobie drogę na zewnątrz za pomocą noża bojowego.

Po kilku tygodniach zmagań w dżungli udało nam się złapać kolejny kontakt radiowy. Dowództwo nakazało nam zmienić kierunek marszu na zachód.

Naszym oczom ukazały się rozległe pola, zajmowane przez nielegalne plantacje ziemniaków założoną prawdopodobnie przez tą komunistyczną świnię: Gruchova. Poznaliśmy to po radzieckim, czerwonym traktorze bojowym. Wykonaliśmy szybką łączność i zameldowaliśmy o tym dowódcy.

Pozostając w ukryciu przemieściliśmy się w stronę ciemnego boru ( w bardzo podobnych działałem w Jugosławi w siedemdziesiątym pierwszym).

Dowództwo wysłało w naszą stronę wykwalifikowanego zwiadowcę najwyższej klasy, aby wspomógł nas w operacji przeciwko wyznawcom ideologii Marksa i Lenina.

Nagle na kamizelce jednego z nas ukazała się czerwona kropka wskaźnika laserowego. Wiedzieliśmy, że zwiadowca mający zasilić nasze szeregi jest blisko. Nagle krzak po naszej prawej stronie poruszył się, wstał i okazał się być Rumcajsem- polskim komandosem najwyższego sortu. W ręku trzymał karabin wyborowy Dragunova. To ten sam zdobyty na wojnie w Afganistanie na Wasilim Zacjewie.

W ten sposób połączyliśmy się z nim w jeden oddział i wznowiliśmy poszukiwania naszej grupy zwiadowczo- rozpoznawczej, z którą ciągle utrzymywaliśmy kontakt radiowy.

Następnie otrzymaliśmy od dowództwa nowe rozkazy dotyczące połączenia obu oddziałów. Droga minęła nam bez przeszkód. Około godziny 16 odnaleźliśmy drugą grupę i stworzyliśmy pluton. Wraz z nimi założyliśmy tymczasowy punkt zborny.

Szybko podzieliliśmy się na dwie grupy: jedna z nich zajęła się umacnianiem pozycji, druga zaś rozpoczęła rekonesans. Ja zostałem przydzielony do zwiadu.

Głównym zadaniem zwiadowców było odnalezienie i przejęcie pięciu punktów o strategicznym znaczeniu oraz odnalezienie Świdrowa i jego parszywych pobratymców.

Zaraz po wyjściu z obozu natknęliśmy się na jednego z czerwonych. Już mieliśmy otworzyć do niego ogień, jednak zdecydowaliśmy, że o wiele lepszym rozwiązaniem będzie pojmanie szpiega i przesłuchanie go.

Już pół godziny później na torturach wyznał nam, że należy do stacjonującego nieopodal oddziału sowietów. Zdradziecki szpicel przyznał, że zbiera informacje dla kwatery głównej armii czerwonej, znajdującej się na Kremlu.

Po tym nieprzewidzianym incydencie ruszyliśmy dalej. Ledwo zdążyliśmy zabezpieczyć dwa strategiczne punkty, a już natknęliśmy się na dużo liczniejszy oddział nieprzyjaciela ( tak samo, jak w Iraku w pięćdziesiątym piątym, kiedy byłem jeszcze świeżym rekrutem). Zalegliśmy na ziemi. Czekaliśmy tam całe trzy doby, wstrzymując oddech. Gdy kilkunasto- tysięczna armia zakończyła swój przemarsz, a nam kończyło się powietrze w płucach odetchnęliśmy z ulgą. Podnieśliśmy się z ziemi i ze zgrozą zauważyliśmy, że jednemu z nas na głowie zaczął rosnąć mech. Po chwili ruszyliśmy dalej.

Jako, że od dwóch miesięcy nic nie jedliśmy nadszedł czas na posiłek. Wybraliśmy się na polowanie, w wyniku czego udało nam się złapać dwa tłuste szczury ( niemal identyczne, jak te które jadłem w Gwatemali w osiemdziesiątym szóstym). Dzięki naszym nadzwyczajnym umiejętnością kulinarnym szybko i sprawnie przerobiliśmy je na dwa pasztety i konserwę, a resztki zamieniliśmy na dżem truskawkowy.

Nadszedł czas na przeprowadzenie ofensywy przeciw sowieckim psom. Już z daleka widać było kolumnę czołgów i małe lotnisko. Nad całym kompleksem powiewała czerwona flaga z sierpem i młotem. Mimo tak licznych oddziałów przeciwnika nasza trójka zdecydowała się na oblężenie. Zamierzaliśmy wziąć ich głodem. Nie przewidzieliśmy jednak, że w podziemiach będzie znajdować się tajna plantacja ślimaków winniczków bez skorupy. Dzięki temu sowieci co dzień najadali się do syta. W zaistniałych okolicznościach zarządziliśmy odwrót, raniąc wcześniej uzupatora Świdrowa- przywódcę tej zapchlonej bandy.

Kiedy wróciliśmy lekko ranni do naszej kryjówki prawie jej nie poznaliśmy ( patrząc przez pryzmat czasu baza była podobna do tej na Borneo w siedemdziesiątym dziewiątym).

Tej nocy nie musieliśmy wystawiać wart, ponieważ nasz dowódca czuwał przez osiem godzin, leżąc i lekko przy tym pochrapując.

Nie obyło się jednak bez patroli, na które regularnie była wysyłana co najmniej dwójka operatorów. Dzięki temu mieliśmy stałą kontrolę nad wszystkimi punktami strategicznymi. Nie było to łatwe zadanie, ponieważ noce w tym rejonie były przerażające. Wciąż słychać było wycie ghuli i zawodzenie topielców, czasami nawet w świetle księżyca dało się ujrzeć ciemne sylwetki skaczących po wilkołaków ( od razu przypomniała mi się ta pechowa misja w Czarnobylu w osiemdziesiątym szóstym, kiedy nie poszło nam rozbrojenie reaktora).

Następnego ranka, kiedy dwójka operatorów była poza obozem te zaplute glonojady ze Świdrowem na czele wykorzystały okazję i przystąpiły do szturmu. Kilkudziesięciotysięczna armia wspierana przez szwadron czołgów i wozów bojowych otoczyła nasze pozycje. Na pobliskiej rzece nasz zwiadowca wypatrzył jeden z tych sławnych lotniskowców Kordiumova. To prawdopodobnie z tamtąd brały się te wszystkie myśliwce i bombowce, które latały nam nad głowami. Dzięki świetnemu wyszkoleniu ósemki naszych komandosów udało nam się unicestwić wszystkich co do jednego ( rzeź przypominała tą w Mozambiku w dziewięćdziesiątym trzecim).

Dzięki niezawodnej łączności udało nam się ustalić, że dwójka naszych zwiadowców przystąpiła do szturmu na bazę wroga, w wyniku czego ranny został ten diabelski pomiot generał Gruchov.

Niedługo potem jeden z naszych patroli powiadomił nas, że siepacze Świdrowa opuścili swoją brudną norę, w której spędzili ostatni miesiąc bez dwóch dni.

Na dwusetnym kilometrze naszego biegu, kiedy obładowani sprzętem ważącym niespełna 70 kilo operatorzy zaczynali odczuwać już zadyszkę, a jednego złapała nawet kolka, dostaliśmy się pod ciężki ostrzał artyleryjski. Unikając torped udało nam się przeskoczyć za osłony. Podczas dwutygodniowej obrony, kiedy zużywaliśmy magazynek za magazynkiem w końcu zabrakło nam amunicji, a wszystkie noże się stępiły. Nie mieliśmy wyjścia- musieliśmy się wycofać ( podobna sytuacja miała miejsce w Somalii w siedemdziesiątym siódmym). Szóstka operatorów odniosła ciężkie rany. Jednego z nas przebił nawet pocisk czołgowy. Na szczęście dzięki odrobinie taśmy izolacyjnej i znajomości pierwszej pomocy udało nam się zatrzymać krwawienie.

Nie było to jednak nasze ostatnie słowo. Wraz z Rumcajsem udało mi się przechwycić większość punktów strategicznych, dzięki czemu ofensywa rosjan poszła na marne.

Misja zakończyła się wielkim sukcesem, a ja zapamiętam ją na zawszę (zresztą tak jak tą w Meksyku w osiemdziesiątym).


O tym, co robiliśmy na obozie po ciężkiej walce, możesz przeczytać tutaj.

Hubert Głuch, Mateusz Głuch, Tymek Głuch, Maciej Śmiertka, Grzegorz Krzemiński – członkowie 38 WDS „Target”, a także żołnierze stojący po polskiej stronie podczas konfliktu polsko – rosyjskiego w Lginiu. Dziękujemy im za pozwolenie na opublikowanie relacji! Oryginał znajduje się tutaj.

Spodobał Ci się ten wpis? Udostępnij go na Facebooku!

Polub nas na Facebooku i obserwuj na instagramie, by nie przegapić kolejnych wpisów.

Reklamy

Informacje o Edzia

Studentka informatyki, która w wolnym czasie lubi biegać po lesie z karabinem. Nałogowo czyta powieści Stephena Kinga (i nie tylko) i pije herbatę. Jest wytrzymała, systematyczna i punktualna. Można o niej powiedzieć, że jest wzorową uczennicą, grzeczniutką i milusią. Ci, którzy tak mówią, nie widzieli jej z karabinem w ręku. Jeśli Cię nie lubi, lepiej uciekaj albo od razu skocz z mostu. Pomimo trójki młodszego rodzeństwa uwielbia dzieci. Najchętniej kupiłaby grupkę małych Murzyniątek i niańczyłaby je. Mistrzyni Photoshopa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Harcerstwo, Relacje i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Operacja Lgiń 24 (relacji z obozu część kolejna)

  1. Pingback: Listy (poniekąd) miłosne, czyli dalsza część relacji z obozu | Blog Niewidzialnych

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s