Rajd Nietoperza 2016

Sprawdziłem zegarek. Wyszedłem z domu w idealnym momencie, by zdążyć na tramwaj. Skontrolowałem w myślach czy wszystko wziąłem. Poncho – jest, busola – jest, prowiant – jest. Nudziłem się przez ostatnie parę tygodni. Czas wyjechać.
nietopr1
Dotarłem na przystanek w idealnym momencie. Skoda właśnie podjeżdżała. Niestety na pomysł użycia tramwaju wpadło też setki kibiców piłki nożnej, wracających z oddalonego o parę kilometrów stadionu. Gdy maszyna otwarła drzwi, nie dało się wsiąść. Parę osób próbowało opuścić pojazd, ale z miernym skutkiem, bo nikt nie chciał zostać wypchnięty na zewnątrz, z obawy, że nie wróci. Po nieudanej próbie upchnięcia się w tłumie stwierdziłem, że nie ma to sensu i poczekam na kolejny tramwaj. Nie przyjechał, a ja musiałem korzystać z autobusu i taksówki, by zdążyć na PKS. Na zbiórkę na dworcu autobusowym spóźniłem się piętnaście minut. Tam już czekali na mnie ludzie z drużyny: były członek drużyny, obecnie posiadający tytuł wujka, Wilku, policjant; Gądi, poprzedni drużynowy, człowiek który wprowadził mnie w świat survivalu i turystyki z plecakiem; Igna, nasz harcerz, który jeszcze nie wiedział, o zaszczytnym (i jakże męczącym zadaniu) mającym mu przypaść w udziale; no i Grucha, obecny drużynowy, mój wieloletni przyjaciel. Gdy witałem się z ludźmi (Wilka spotkałem osobiście pierwszy raz) usłyszałem komentarze na temat mojego spóźnienia. Najbardziej nabijali się ze mnie byli członkowie drużyny. Już wiedziałem, że do końca wyjazdu nie pozbędę się łatki spóźnialskiego. Na szczęście nie było za późno, bo nasz autobus do Sobótki stał jeszcze na peronie. Wsiedliśmy i zajęliśmy ostatnie pięć miejsc. Gądi od razu spróbował pójść spać, jednak Igna nie dał mu tej możliwości i zagaił rozmowę o jakichś skomplikowanych rzeczach (używali słów „debager”, „komutator”, „kompilować”, powtarzało się coś brzmiącego na swojskie „kukuryku”, a reszty nawet nie potrafię wymówić. Do teraz nie jestem pewien, czy nas nie obrażali). Za to Grucha, Wilku i ja pogrążyliśmy się w rozmowie na temat przeszłości drużyny.

nietopr3

„Co jakiś czas dostrzegałem dwa oniryczne cienie przemykające naszym śladem między drzewami.”

Podróż zleciała szybko. Nim się zorientowałem, wysiadaliśmy na przystanku w Sobótce. Była 22:00. Igna dowiedział się o zaszczytnym zadaniu nawigowania. No i poszliśmy, co tu dużo mówić. Nasz nawigator pierwszy raz zgubił siebie i nas już po piętnastu minutach marszu, zanim jeszcze weszliśmy na dobre w ślężańskie lasy. Na szczęście dziesięć pompek i lekka pomoc ze strony Gruchy i Wilka pomogły. Poszliśmy dalej, już poprawnie. Na początku szliśmy czerwonym szlakiem. Drużynowy obiecał, że za najbliższą górką czeka na nas łóżeczko i ciepła kołderka, obok paruje kakało, a do tego wszystkiego jeszcze miały być dołączone komputery, byśmy mogli pograć razem w CSa. Później, na Przełęczy Tąpadła spotkaliśmy imprezę na ganku domku do wynajęcia. Wzniesiono za nami jeden pełen wątpliwości okrzyk. Nie dziwię się niedowierzaniu. Ledwo sami się nawzajem widzieliśmy, a co dopiero miał zobaczyć rozweselony trunkami procentowymi imprezowicz? Musicie mi wybaczyć moją niedokładność względem czasów i miejsc, ale jedyna wiedza jaką dane było mi poznać to „teraz jesteśmy na Raduni”. Reszty musiałem domyślać się sam, a do mapy nawet się nie zbliżałem. Po co, skoro mieliśmy nawigatora? Pomylił się tylko cztery razy, a wierzcie mi, że to nic! Wracając do Raduni. W czasie gdy wchodziliśmy, szczególny wigor okazał człowiek od mapy – Igna i drużynowy (ten obecny). Ja byłem trzeci, za mną długo, długo nic, a dopiero później, jakieś milion tysięcy metrów niżej słychać było weteranów. Wtedy też wymyśliliśmy określenie „dziadek drużyny” (Wilku i Gądi się uśmiali, więc Wy, czytający to Weterani, nie chowajcie do nas urazy). Gdy w końcu wszyscy znaleźliśmy się na szczycie, podzieliliśmy się naszymi wesołymi spostrzeżeniami z wujkami drużyny. W średnio parlamentarny sposób powiedzieli nam, co o tym myślą, i poszliśmy dalej. Po drodze spotkaliśmy samotne ognisko wśród drzew. Pewnie ktoś przy nim siedział, ale kiepsko tak się wcinać komuś w biwak, więc powędrowaliśmy swoją trasą. Gdy już zeszliśmy z góry (niektórzy w spektakularny sposób zjechali na tyłkach, butach albo i twarzach) wyszliśmy na asfalt. Na szczęście cały czas po zaplanowanej trasie. Nie dalibyśmy rady wracać pod górę.

nietopr2

„[…] jedyna wiedza jaką dane było mi poznać to „teraz jesteśmy na Raduni”. Reszty musiałem domyślać się sam […]”

Dalej było prosto i płasko. Tak przemaszerowaliśmy kolejną godzinę rozmawiając o wszystkim i o niczym, jak to w gronie dawno niewidzianych przyjaciół bywa. Może i niektórych personalnie poznałem dopiero przed rajdem (pozdro dla Wilka), jednak drużyna buduje pewne poczucie wspólnoty i ponadpokoleniowej jedności, która procentuje swobodną konwersacją z weteranami.

Po godzinie spokoju, śmiechu i niemalże odpoczynku przyszedł czas na Ślężę. Z nią było najciężej. Bo największa, my już zmęczeni i rozleniwieni spokojnym marszem. Gdy teren ponownie zaczął się podnosić rozmowy powoli wygasały. Ostatni postój przed szczytem spędziliśmy, leżąc na plecakach i wpatrując się w gwiazdy. Trwał zdecydowanie za długo na niezmarznięcie (na Ślęży w tydzień temu jeszcze leżał śnieg!) i zdecydowanie za krótko na choćby chwilę drzemki. Gdy już ruszyliśmy, nasza ekipa rozciągnęła się bardzo. Robiło się coraz zimniej, a chmury zasłaniające księżyc sprawiały, że dookoła panowały egipskie ciemności. No może nie do końca, bo w Egipcie nie ma śniegu rozjaśniającego mrok. Jednak widziałem tylko to, co miałem pod nogami i na ich wysokości. Poza tym nic. Nawigator zniknął z przodu, zatonął w czerni. Między mną, a łakomą ciemnością, która przed chwilą połknęła człowieka z mapą, majaczyła sylwetka drużynowego. Co chwilę znikał i ponownie się pojawiał, przekraczając magiczną granicę, za którą kamuflaż sprawiał, że kształt człowieka się rozmywał. Czasami spoglądałem za siebie i wiecie co widziałem?

Tak, zgadliście!

Nic.

Co jakiś czas dostrzegałem dwa oniryczne cienie przemykające naszym śladem między drzewami. To byli członkowie drużyny. Wilku i Gądi. Śnieg trzeszczał pod butami. Mijał dwudziesty kilometr i siódma godzina marszu.

Samo wejście na szczyt nie było tak emocjonujące, jakbym się spodziewał. Weszliśmy, przewiało nas, Grucha zrobił apel, Gądi został wujkiem drużyny, schowaliśmy się między drzewami i grzejąc się kuchenką gazową i ciepłą herbatką czekaliśmy na świt. Niestety jak się przejaśniło okazało się, że są chmury. Zrobiliśmy więc to oto zdjęcie:
nietopr1No i zeszliśmy. Po drodze wraz z Gądim testowałem różne metody zjazdów po oblodzonych szlakach. Najbardziej obiecujący był pomysł Gądiego, by zjechać na denku od menażki. Nie wyszło. Menażka była za mała, a Gądi za duży. Dalej pamiętam właściwie tylko moment pobudki w domu. Zastanawiałem się, czy to nie był sen, jednak zaraz po przebudzeniu rozejrzałem się i dostrzegłem sterany plecak zostawiony pod ścianą i przemoczony mundur na kaloryferze. To był dobry wyjazd.

Reklamy

Informacje o czlowiekktorybylczolgiem

przyszły reporter (jak się uda), pasjonat historii i dusza towarzystwa. Uwielbia wszystko, co związane z militariami, godzinami może mówić o czołgach. Ma głowę pełną pomysłów, które stara się na bieżąco zrealizować. Uwielbia lasy, chciałby kiedyś sobie kupić jeden i nigdy z niego nie wychodzić. Gdyby nie było to niepoprawne społecznie obrósłby mchem i został drzewem. Zawsze nosi ze sobą apteczkę pierwszej pomocy i śpiewa pod prysznicem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Harcerstwo, Relacje i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Rajd Nietoperza 2016

  1. Variat pisze:

    Dziadek jest tylko jeden

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s