A na Granicy bawiliśmy się tak!

Dwa patrole, piętnaście osób i jeden Wiking – tak zaczęła się nasza przygoda z Granicą. Demokratycznie wybraliśmy trasę VI i już nie tak demokratycznie podzieliliśmy się na dwie ekipy. Chłopcy z Targetu czym prędzej przehandlowali Stasia za trzy Agatki i tak wyłoniły się ostateczne składy: Lotniskowiec Kordiumova przygarnął 38WDS Target i 15.13 WDH Agat, a w Drakkarze Kordiego zostali najlepsi – 108 (czyli ja (Edyta), Świder i Łukasz), Stasiu, Magda, Ryty i Kordi. Wyborowy skład!

0DSC_0013

Zadanie przedrajdowe polegało na zrobieniu sobie „selfie z góry”, więc Magda wymyśliła selfie bardzo z góry – konkretniej z Mostka Czarownic przy kościele św. Marii Magdaleny. Zebraliśmy się prawie całą ekipą, bo niestety nie wszyscy mogli tego dnia dojechać, i cyknęliśmy dwa zdjęcia, a potem w domu dokleiłam brakujące jednostki na komputerze. Trzeba sobie jakoś w życiu radzić 🙂

Naszą trasę rozpoczęliśmy 17 września, w czwartek, o 5:10 na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Była to godzina tak bardzo nocna, że na dworzec jechałam autobusem nocnym! Niektórzy z nas w ogóle w nocy nie spali, reszta spała po 3-4 godziny, więc możecie sobie wyobrazić szesnaście nieprzytomnych lub prawie nieprzytomnych twarzy siedzących w dwóch przedziałach i nieogarniających rzeczywistości. Ewentualnie śpiących.

Gdy dotarliśmy już do Karpacza i odmeldowaliśmy się na starcie, wreszcie ruszyliśmy w górę. Co prawda już na początku zgubiliśmy drogę, ale szybko ją z powrotem odnaleźliśmy i podążaliśmy w kierunku pierwszego punktu na trasie, a mianowicie schroniska Strzecha Akademicka. Tam poznaliśmy nasze pierwsze rajdowe zadanie, którym było zobrazowanie trzech stylów zdobywania szczytu w himalaizmie: solowego, alpejskiego i oblężniczego. Ponieważ to jest relacja, a nie chcę jej sztucznie przedłużać, o wymienionych stylach możecie poczytać na Wikipedii [link].

0DSC_0022

Kolejne zadania na trasie czwartkowej wiązały się z kopertami, które dostawaliśmy przy każdym punkcie – w każdej kopercie były informacje o jednym z polskich himalaistów, m.in. o Jerzym Kukuczce, Krzysztofie Wielickim, Andrzeju Zawadzie i Wandzie Rutkiewicz. Musieliśmy odpowiedzieć na 14 stwierdzeń prawda/fałsz, rozwiązać krzyżówkę i „wyłowić” poprawne informacje o polskim himalaizmie z jeziora różnych górskich informacji (tak normalnie, wędką – każda tekturka z informacją miała specjalny sznureczek). Najlepszym rybakiem (mimo braku wuzety) okazał się Świder, ale najwięcej informacji zapamiętała Magda, która zostaje przewodnikiem miejskim po Wrocławiu, więc siłą rzeczy musi mieć dobrą pamięć. Jednak wszystkim wydały się imponujące zdobycia naszych rodaków – odkrywanie nowych szlaków, zdobycia szczytów w trudnych warunkach i w niewyobrażalnie krótkim czasie.

Wieczorem, po trudach wchodzenia cały dzień pod górę (a ostatni odcinek był najgorszy, bo byliśmy już zmęczeni), wreszcie trafiliśmy do schroniska Odrodzenie, w którym mieliśmy spać. Zjedliśmy ciepły posiłek, odmeldowaliśmy się na apelu wieczornym i wzięliśmy udział w świeczkowisku. Na tym ostatnim poza sprawdzaniem wiedzy dostarczanej nam przez cały dzień w kopertach poznaliśmy organizatorów naszej trasy i inne patrole – każdy z nich miał okazję powiedzieć kilka zdań o sobie i zaśpiewać piosenkę. My śpiewaliśmy „Sosenkę” – niestety patrolowa Magda zdecydowała się śpiewać normalną wersję, a nie przerobioną przez nas i opowiadającą o Drakkarze Kordiego, której tekst wklejam niżej, bo jest fajna i powinniście ją poznać:


Jak to dobrze być wikingiem
Na drakkarze spędzać czas
Na północy byłem już
Na południe płyńmy wraz!

Hej, czas, mówię wam!
Płyńmy wraz, mówię wam!
Na południe, gdzie złota morze
Nie uchronią się przed nami tam ni chłopi, ni wielmoże


Po świeczkowisku zaprosiliśmy do naszego pokoju harcerzy z innych patroli, by ich poznać, pośpiewać i się trochę pointegrować. Przyszły co prawda tylko dwie osoby, ale i tak porozmawialiśmy i pośmialiśmy się. Druhna Matylda zdążyła nawet przyszyć jeden bok naszywki do munduru Świdra, zanim przypomniała sobie, że jest feministką i nie może dać się wykorzystywać w ten haniebny i mizoginistyczny sposób. Rzuciła w Świdra mundurem, ale się nie obraziła i nie wyszła. Wyszłam ja, by wreszcie w spokoju i bez kolejek udać się do łazienki (woda była ciepła!). Ciężko w to uwierzyć, ale była już prawie pierwsza w nocy, a następnego dnia wstawaliśmy o szóstej, co po prostej kalkulacji dawało w przybliżeniu pięć godzin snu, czyli nie tak dużo, jak by się chciało.

0DSC_0021

Udało nam się wstać i nawet byliśmy przytomni. Naszykowaliśmy się do wyjścia, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w drogę. Niestety tego dnia musieliśmy zostawić w schronisku Łukasza, który poprzedniego dnia obtarł sobie stopy nowymi butami (bo nie jeździ się na długie wyprawy w nowych butach, sialalala) i twierdził, że da radę, ale woleliśmy, żeby odpoczął i dał radę w sobotę podczas drogi do Szklarskiej Poręby (bo w piątek wracaliśmy znowu do Odrodzenia). Pożegnaliśmy Łukasza i ruszyliśmy dalej, tym razem w dół (co nas trochę zmartwiło, bo jak się schodzi w dół, to znaczy, że trzeba będzie potem iść w górę. Tak działa logika. Zwłaszcza że zostawiliśmy połowę sprzętu (i Łukasza!) na górze).

Tego dnia zadania były cztery. Pierwsze polegało na przejściu po pięciu kartkach zadanej trasy. Trudność polegała na tym, że cztery osoby były dwójkami związane sznurówkami, a jedna miała zawiązane oczy, co dawało dokładnie jedną całkowicie sprawną osobę. No i pięć kartek nie wystarczało na przejście całej trasy, więc trzeba było je przekładać. Trochę pokombinowaliśmy i wymyśliliśmy (w miarę) optymalny sposób na przejście tej trasy, ale i tak doszliśmy w ostatnich sekundach.

Następnym zadaniem była debata na temat wychwalania osób wchodzących na ośmiotysięczniki – powinniśmy ich podziwiać czy nie? Każdy patrol był podzielony na dwie ekipy, które się nawzajem atakowały argumentami. Z najdziwniejszych argumentów, które usłyszałam, było „ale jak idziesz na rower z Sebą, to nie umierasz”, a z tych całkiem sensownych to fakt, że himalaiści są inspiracją dla zwykłych szarych ludzi nie tylko do wchodzenia na ośmiotysięczniki, ale też do pokonywania własnych ograniczeń i zdobywania własnych szczytów.

0DSC_0070

Szliśmy, podziwiając przepiękne widoczki, aż przedostatni piątkowy punkt zatrzymał nas przy schronisku po stronie czeskiej. Nasze zadanie polegało na wybraniu z ok. dziesięciu rzeczy pięciu, które są niezbędne przy wspinaczce. Następnie musieliśmy trzy z nich przedstawić tak, by wszyscy zrozumieli, o co chodzi. Na początku nie wydawało się to łatwe, ale po szybkiej burzy mózgów udało nam się wymyślić w miarę sensowne zobrazowanie raków, obozowiska i uprzęży.

Kiedy zatrzymaliśmy się przy Słonecznikach, które były ostatnim punktem tego dnia, graliśmy w grę planszową, która polegała na wykupieniu wszystkich rzeczy potrzebnych przy wyprawie na Mount Everest. Przy komercyjnej wyprawie, oczywiście, to znaczy przy wyprawie, za którą płacisz i jesteś praktycznie wnoszony na szczyt. W ten sposób zdobyciem najwyższego szczytu Ziemi może pochwalić się nawet pewien dziesięciolatek, który dostał zdobycie Everestu na urodziny. Jakby ktoś z Was miał całkowicie zbędne 60 tysięcy dolarów, wcale bym się nie obraziła za taką wycieczkę… Ba! Nawet zrobiłabym zdjęcia i Wam pokazała! Warto!

Po dotarciu z powrotem do schroniska mieliśmy około dwóch godzin wolnego czasu, które przeznaczyliśmy na jedzenie i głównie na jedzenie, bo jedzenie jest ważne w życiu każdego człowieka. Wieczorem odbyła się debata na temat himalaizmu. Rozmawialiśmy o komercyjnych wejściach na Everest, o związkach himalaistów (i nie chodzi tu o związki zawodowe), o miłości do gór i o trudnych decyzjach – m.in. o konieczności poświęcenia życia kolegi, by ratować własne.

0DSC_0048

Po debacie znów zorganizowaliśmy śpiewną integrację w naszym pokoju i tym razem druhna Matylda przyprowadziła koleżanki, a i jacyś druhowie przyszli, by pośpiewać, więc było nas w zasadzie całkiem dużo. Graliśmy i śpiewaliśmy tak długo, że aż druh oboźny przyszedł nas uciszać i przypominał o ciszy nocnej. Dwa razy o niej przypominał. Nam się tak fajnie śpiewało, że wcale nie chcieliśmy kończyć, ale niestety trzeba było, żeby ludzie mogli spać. I żebyśmy my mogli spać. Znów kładliśmy się po północy, a pobudka przed 7. Jednak przecież na rajdy harcerskie nie jeździ się po to, żeby spać, co nie?

Ostatni dzień trasy zaczął się punktem gastronomicznym. Musieliśmy zrobić pożywny himalajski posiłek na podstawie informacji o himalajskich posiłkach, jakie otrzymaliśmy. Przygotowaliśmy trzy rzeczy – herbatę podaną w rogu wikinga, przystawkę w postaci kanapek z Nutellą, orzechami, śliwkami i jagodami, oraz danie główne – kaszę z marchewką, pomidorem i tymiankiem. Ona była podana w hełmie wikinga. Podczas gotowania nakręciliśmy odcinek programu „Gotuj z Gorczycą”, który czeka na zmontowanie przez Świdra. (Co nie znaczy, że będzie publicznie dostępny. Raczej na niego nie czekajcie).

Następny punkt polegał na rozwiązaniu kilku zagadek logicznych (całkiem prostych), a także na zawiązaniu węzła i nawleczeniu nitki na igłę w rękawicach hokejowych, co nie było takie proste, jak się wydaje. Mimo tego udało nam się i pomaszerowaliśmy w kierunku absolutnie ostatniego punktu na całej trasie, na którym musieliśmy odpowiadać na pytania odnośnie historii harcerstwa i straży granicznej. A po pytaniach szliśmy już właściwie cały czas w dół w stronę Szklarskiej Poręby, która była naszą metą.

0DSC_0064

Doszliśmy, zjedliśmy obiadek i wybraliśmy się na zakupy po coś dobrego do picia i jedzenia na kolację i śniadanie. Potem mieliśmy chwilę wolnego czasu, podczas którego siedzieliśmy w kawiarence i graliśmy i śpiewaliśmy z ludźmi poznanymi na trasie, a także z osobami z innych tras. W międzyczasie mogliśmy skorzystać z pysznej herbatki, którą można było poczęstować się w kawiarence.

O 20 miał zacząć się koncert, jednak my byliśmy umówieni z zaprzyjaźnionym patrolem (to znaczy z Lotniskowcem Kordiumova) na pizzę zwycięstwa, bo bez względu na wynik punktowy i tak czuliśmy się wygrani – udało nam się bez większych problemów przejść całą ponadpięćdziesięciokilometrową trasę, a to już coś. Kiedy wróciliśmy, musieliśmy się szykować na apel podsumowujący rajd, podczas którego mieliśmy się dowiedzieć o wynikach rywalizacji i dostać nagrody i dyplomy. Wygrały Princesski z Wrocławia. My zajęliśmy szóste miejsce. Dostaliśmy dyplom, Scrabble i latarki, a potem wróciliśmy do szkoły, w której spaliśmy, i znów ruszyliśmy się rozśpiewywać. Śpiewaliśmy nie tylko koło kawiarenki – wyszliśmy też na dwór i tam spędziliśmy kolejne godziny aż do czwartej nad ranem, kiedy zaśpiewaliśmy „Bluesa o czwartej nad ranem” i czym prędzej ruszyliśmy w kierunku śpiworków.

Spaliśmy mniej więcej trzy godziny, kiedy rano obudził nas druh oboźny. Mieliśmy czas na zjedzenie śniadania i spakowanie się. Później odbył się finał rajdu, na którym reprezentantki naszej trasy (to znaczy Princesski) zajęły trzecie miejsce (czyli ostatnie, ale trzecie brzmi bardziej dumnie). Przyszedł wtedy już czas pożegnania i opuszczenia Szklarskiej Poręby w pociągu do Wrocławia.

Fotorelację z Rajdu możecie zobaczyć na naszym blogowym Instagramie.

Było super! Dziękujemy wszystkim, którzy się do tego przyczynili, czyli oczywiście organizatorom naszej trasy, pięknym druhenkom z Golubia-Dobrzynia, Chełmży i Torunia, no i Gorczycy, która nas zebrała w jeden patrol. A Kordiemu należą się podziękowania za zdjęcia, które możecie oglądać w tym wpisie. Do zobaczenia za rok! 🙂

0DSC_0034


 

Spodobał Ci się ten wpis? Udostępnij go na Facebooku!

Polub nas na Facebooku i obserwuj na instagramie, by nie przegapić kolejnych wpisów.

Reklamy

Informacje o Edzia

Studentka informatyki, która w wolnym czasie lubi biegać po lesie z karabinem. Nałogowo czyta powieści Stephena Kinga (i nie tylko) i pije herbatę. Jest wytrzymała, systematyczna i punktualna. Można o niej powiedzieć, że jest wzorową uczennicą, grzeczniutką i milusią. Ci, którzy tak mówią, nie widzieli jej z karabinem w ręku. Jeśli Cię nie lubi, lepiej uciekaj albo od razu skocz z mostu. Pomimo trójki młodszego rodzeństwa uwielbia dzieci. Najchętniej kupiłaby grupkę małych Murzyniątek i niańczyłaby je. Mistrzyni Photoshopa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Harcerstwo, Relacje i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „A na Granicy bawiliśmy się tak!

  1. k. pisze:

    Świetny tekst, rogal od ucha do ucha przy czytaniu! 🙂

    Polubienie

  2. Frutek^^ pisze:

    Znów ten błąd … nie z Golubia-Dobrzynia tylko z Chełmży. Matylda tylko była z Golubia-Dobrzynia

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s