Hezbollah, czyli jak przestałem się martwić i założyłem bombę.

(Relacja z nocnej strzelanki, która odbyła się 4 lipca. W czasie zabawy nie ucierpiało żadne zwierzę ani terrorysta.)

Salam alejkum! Życie jako żołnierz Boga proste nie jest. Ma swoje plusy i minusy. Wyłączając oczywiste korzyści takie jak pośmiertna opieka zdrowotna i możliwość strzelania do wszystkiego, co się rusza, czasami trzeba wziąć udział w akcjach przeciwko wrogom państwa arabskiego. Początkowo, gdy Saddam-En-Czołk, mój wieloletni partner w kałaszu, zaproponował udział w nocnej dywersji skierowanej przeciwko amerykańskim diabłom, byłem raczej sceptyczny. Akcja miała rozgrywać się tak daleko od cywilizacji, że miałem podejrzenia, iż tamtejsze czworonogi szczekają nie tym końcem co zazwyczaj…

11756573_876257135788922_1768987352_n

Na szczęście jednak dość szybko En-Czołk zapoznał mnie ze swoim cudeńkiem:

10411749_1610873945855138_371005355529857720_n

To podkręciło moją ciekawość, jednak dopiero informacja, że również i ja otrzymam swój pas (ucieszyłem się, że kolor nie będzie gryzł się z nowymi butami), tak zagrzała mnie do boju, iż od razu zacząłem wykuwanie nowych maczet:

11666977_700870370016784_848823340_n (1)

Gdy wreszcie nadszedł dzień zero, razem z Saddamem-En-Czołkiem wsiedliśmy do arabskiego Mercedesa, po drodze zabierając jeszcze dwóch członków naszej wspaniałej organizacji. Po kilkudziesięciu minutach jazdy, gdy jedynymi wyznacznikami cywilizacji stały się mijane co jakiś czas traktory, dotarliśmy na miejsce.

Chwilę trwało, zanim przyzwyczailiśmy się do obecności oddziałów ISIS i Alkaidy. Jeszcze dłużej pogodzenie się z faktem, że być może później będziemy musieli współpracować. No cóż, jak się nie ma co się lubi…

…to przynajmniej ma się arabskiego bumboxa przyczepionego do plecaka mojego towarzysza. Repertuar muzyczny zawierał bardzo zróżnicowane kawałki, na wspomnienie zasługują nasheedy, nasheedy i nasheedy. Ewentualnie nasheedy przerywane klekotaniem kałachów w tle. Aż mi się łezka w oku pojawiła, gdy maszerowaliśmy dumnie w stronę oddziałów Alkaidy i ISIS z podniesioną głową przygrywając patriotyczne kawałki…

…oraz dusząc się od kurzu, jaki zostawił ich SUV, gdy odjechali do wspólnej bazy. Powiedzieli, że przyczepianie głośników do plecaka trwało zbyt długo i, że mamy do nich później dołączyć. No cóż, stwierdziliśmy, że łaski bez, pójdziemy sami. Przygrywając więc drzewom, stawom i okolicznym ropuchom, ruszyliśmy w las szukać miejsca do założenia bazy.

Hezbollah dumnie szedł przez las w następującym składzie:

– Dwóch zamachowców samobójców w turbanach, z maczetami i z pasami szahida. (Ja i En-Czołk)

– Dwóch rosyjskich szpiegów (znaczy nie przyznali się, ale przechytrzyłem ich, poznając po ruskim kamuflażu.)

– Człowiek krzak. No naprawdę ciężko było się zorientować kto to i gdzie jest, póki słońce nie zaszło. Po zmroku ciężko było się zorientować czy to krzak, czy brud na goglach.

Próby maskowania się tego ostatniego były raczej skutecznie tłumione przez nietłumione 100 decybeli naszego bumboxa puszczane w cichym lesie.

Nasz pierwotny plan, by iść do wspólnej bazy i pogadać z innymi arabami został zakłócony przez to, że nagle do rozpoczęcia nocnej akcji pozostało 30 minut, a my wciąż nie założyliśmy naszej wioski! Wszyscy przerażeni, że nie będzie gdzie trzymać kóz (znaczy ja i En-Czołk, Ruscy zachowali spokój, potwierdzając moją teorie o ich szpiegostwie, a człowiek-krzak znów gdzieś zniknął)

Tuż przed zboczeniem z głównej drogi En-Czołk wyłączył Bumboxa. Nikt nie będzie tykał naszych kóz! A najlepszym na to sposobem jest upewnienie się, że wioski nie znajdą. Nudne, ale niestety prawdziwe. W niektórych kwestiach nie ma dyskusji.

Po ukryciu wioski w zagajniku (skoro Sosnowiec ma prawa miejskie, to nasz jeden namiot wśród drzew ma prawo nazywać się wioską!), ruszyliśmy do walki z diabłami.

Pierwszym sukcesem było zdobycie ich posterunku. Napotkaliśmy silny opór krzaków, a En-Czołk prawie nacisnął na detonator, gdy obok przeleciała sikorka. Na szczęście obyło się bez strat w ludziach i Rosjanach.

Po zdobyciu drugiego posterunku z taką samą łatwością, pewni swego zwycięstwa ruszyliśmy w głąb lasu. Wtem przed nami zauważyłem sylwetki! Przynajmniej trzech. En-Czołk z jedną ręką na detonatorze, a drugą na włączniku Bumboxa, poprowadził nas do bitwy. Po chwili wymiany ognia jeden Ruski padł. Kazaliśmy mu wracać do wioski, a sami ruszyliśmy do szturmu. Człowiek-krzak znów gdzieś zniknął (w sumie może stał obok).

En-czołk dostał, zanim zdążył włączyć nasheedy! Nie mogąc znieść takiej hańby, zdetonowałem się, zabijając siebie i drugiego Rosjanina. Człowieka-krzaka jednak nie było w pobliżu i gdy po kilku minutach znalazł się, ukryty gdzieś w rowie, musiałem mu użyczyć swojej maczety, by mógł honorowo odejść i zmartwychwstać wspólnie z nami w naszej wiosce.

Śmierć jednak rozwiązuje problemy. Nie napotkaliśmy bowiem żadnych, zmierzając ku wiosce i kozom. Tam spotkał nas jednak zawód — nie było naszego przyjaciela Rosjanina, tego, który padł pierwszy. Próbowaliśmy się z nim skontaktować, jednak arabskie sieci komórkowe potrafią być zawodne. Nie mając żadnego innego pomysłu, zdecydowaliśmy się chwilę poczekać przy kozach. Ich kojąca obecność zaleczyła nasze śmiertelne rany i po jakimś czasie powstał plan zaatakowania głównej bazy Amerykanów od drugiej strony. Brakującego Rosjanina spisaliśmy na straty — w ciemności jaka zapadła, nie widzieliśmy nawet jedynego namiotu w wiosce z odległości dwóch metrów. Cóż, z ciężkim sercem, ruszyliśmy zabijać.

Przygnębienie było tak duże, że sam En-Czołk przestał grać nasheedy. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Przeprowadziłem eksperyment, badający czy ludzie potrafią używać echolokacji w kompletnej ciemności. Okazuje się, że jednak nie potrafią. Mam nadzieje, że to drzewo nie ucierpiało tak bardzo, jak ja.

Szedłem obok człowieka-krzaka. Albo przynajmniej tak mi się wydawało. Mógł to być po prostu chodzący krzak. Po jakimś czasie trafiliśmy na linie wysokiego napięcia. Zgodnie z mapą zboczyliśmy trochę z kursu i wymagana była poprawka, by trafić do tych przeklętych kapitalistów. Mapę czytaliśmy w kompletnej ciemności, więc bardzo możliwe, że była do góry nogami. En-Czołk był jednak pewny swego i nawet wdrapał się po chwili na jakąś drewnianą konstrukcje, by obczaić gdzie jest ta amerykańska baza. Parę minut później wrócił, twierdząc, że już wszystko wie. Nie miałem powodów, by w niego wątpić — astrologia to potężna rzecz, a przecież z wyższego punktu gwiazdy widać o niebo lepiej.

Po udanym wywróżeniu trasy, humory od razu nam się poprawiły. En-Czołk bez przerwy szukał wymówki, by zacząć grać nasheedy. Ta nadarzyła się już niebawem, gdyż zdecydowaliśmy się zrobić zasadzkę. Z uwagi na to, że nic nie nadchodziło, odważny Saddam-En-Czołk zdecydował się na manewr dywersyjny, polegający na ściągnięciu na drogę, przy której się zasadziliśmy wrogiego oddziału. Rozstawiliśmy potykacz i czekaliśmy na naszego dowódcę.

Po kilku minutach wydarzyły się jednocześnie dwie rzeczy. Zaraz po tym, jak coś uruchomiło potykacz, rozległy się słodkie pieśni rewolucyjne i odległe strzały. Przez chwilę skonfundowani, nie strzelaliśmy w stronę drogi, aż było za późno. Amerykanie przegrupowali się i rozbili nasza zasadzkę. Przeżył tylko człowiek-krzak, ale nie było w tym nic dziwnego. Nawet latarki zdawały się nie ujawniać jego pozycji.

En-Czołka spotkaliśmy w drodze do arabskiej bazy. Nie był zadowolony. Stwierdził, że trzeba przetrząsnąć sprzęt, który pozostał w Mercedesie i w następnym wcieleniu walczyć lepiej. Nie miałem kontrargumentu. Powlekliśmy się wśród ciemności, z kołatającymi się w głowie nasheedami.

Wtem zdarzył się cud! Z ciemności wyłoniła się sylwetka! Nie tracący głowy En-Czołk od razu odpalił Bumboxa, co było najlepszą możliwą decyzją! Nadchodzący okazał się brakującym Rosjaninem! Mimo że szpieg, to jednak bez niego Hezbollah nie był całością. Nasheedy zostały puszczone i z podniesionymi piersiami dotarliśmy do samochodu.

Po ogarnięciu sprzętu stwierdziliśmy wspólnie, że nie chce nam się iść. Zrozumiałe, po okrążeniu całego pola akcji przynajmniej dwa razy. W piątkę wsiedliśmy do Mercedesa, a siedzący w bagażniku En-Czołk przez całą drogę do arabskiej bazy odgrywał patriotyczną muzykę. Serca rosły.

Po dotarciu do bazy zastaliśmy odmianę, gdyż nie przywitano nas kulami i rzucanymi w naszą stronę granatami. Zamiast tego czekały napoje i grillowana kiełbasa (oczywiście nie wieprzowa). Po napełnieniu brzuchów wspólnie ze wszystkimi arabami stwierdziliśmy, że największym wrogiem jest oczywiście kapitalizm i baza amerykanów musi zniknąć z powierzchni ziemi.

Z przejęcia aż ścisnąłem detonator w ręku.

Bez obaw, na szczęście nie wybuchłem. Jeszcze nie.

Ruszyliśmy do ostatecznego szturmu. Ah, co to była za akcja! Po przejęciu wszystkich amerykańskich posterunków zastaliśmy tych tchórzy przyczajonych na szczycie wzgórza, gdzie urządzili bazę. Trzydzieści minut i trzy śmierci po drodze zaliczył En-Czołk, zanim zdążył wbić się do środka i pociągnąć za zapalnik. Niestety zawiódł i musieliśmy ręcznie podobijać wszystkich obrońców. Maczeta okazała się bardzo przydatna, gdy skończyła się amunicja. Dopiero po pokonaniu ostatniego wroga i ogłoszeniu upadku bazy, zrozumiałem z przerażeniem, że zapomniałem się wysadzić! Rozejrzawszy się dookoła, zobaczyłem już tylko arabów przetrząsających zgliszcza. W sumie i tak mi się już spać chciało. Po eksplozji, która była raczej formalnością, wróciliśmy do naszej wioski, by wśród kóz dotrwać do świtu. Co za dzień. Co za wspaniały dzień!

Michał Mazurkiewicz – Wielki człowiek wielkich czynów. Gdy wskażesz mu coś, czego nie da się zrobić, skleci to na poczekaniu, a coś, co jest fizycznie niemożliwe przyniesie następnego dnia, mówiąc że: „Wcale nie było takie trudne! Trzeba było tylko wprowadzić poprawki do teorii względności.” Strzela, buduje quadrocoptery, przerabia repliki ASG i wygrywa konkursy literackie. Człowiek orkiestra. Szkoda tylko, że nie umie grać na gitarze…

Spodobał Ci się ten wpis? Udostępnij go na Facebooku!

Polub nas na Facebooku i obserwuj na instagramie, by nie przegapić kolejnych wpisów.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii ASG, Relacje i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s