Relacja podróżnika w czasie

            Mocne, niewiarygodnie intensywne światło padało bezpośrednio na moją twarz. Skutecznie ukrywało to szczegóły osoby siedzącej po drugiej stronie stalowego stołu. Kajdanki boleśnie wbijały się w moje nadgarstki, a krople krwi ze złamanego nosa powoli skapywały na wyłożoną ciemnymi kaflami posadzkę.
– Zapytam raz jeszcze, – człowiek ten cichym i spokojnym głosem prowadził przesłuchanie. – skąd wziąłeś się w tym rejonie i dla kogo pracujesz?
Ciężko westchnąłem i mimo bólu całej górnej połowy ciała zdołałem wypluć krwawą gulę na podłogę, bez intensywniejszego krztuszenia się czy spazmów. Widząc niecierpliwie bębniące o stół palce tego człowieka, nie zwlekając, wymamrotałem.
– Już… Mówiłem… 3 pułk Zakonu… Eksperyment… Wybuch….
Bożygniew Grzmipała podniósł powoli swoją opatuloną mundurem łapę, hamując moje paniczne wyjaśnienia.
– To już mówiłeś. Nasze agentki postarały się już, byś śpiewał jak skowronek. Teraz jednak chcę poznać pełną wersje wydarzeń. Zacznij od początku.
– Od samego… początku — wydyszałem, czując, jak spuchnięte wargi pękają od nagłego ruchu. – Dobrze… Dobrze… Wszystko zaczęło się…

19 sierpnia roku pańskiego AD 1887
5 kilometrów na zachód od Breslau
Godzina 13.30

Koń galopował z niebezpieczną prędkością po nieubitej drodze. Z pyska kapała mu piana, a kopyta wzbijały tumany kurzu. Opatulony w płaszcz jeździec jedną ręką trzymał szaleńczo jelce, a drugą powstrzymywał melonik od pofrunięcia w tył. Nabity sztucer automatyczny na jego plecach obijał mu się niewygodnie o bok.
– Najmłodszy… – mamrotał do siebie.- Zawsze najgorsze zadania. – Nieoczekiwanie wzniósł głowę w górę, a promienie południowego słońca oświetliły jego bladą twarz, z którą kontrastowały grube okulary z przydymionego szkła.
– Do diaska — wyszeptał przerażony — Już się zaczyna…
Uderzył konia ostrogami, zmuszając go do jeszcze szybszego galopu. Parę minut później widoczność pogorszyła się na tyle, że nie widział niczego dziesięć metrów przed sobą. Las dookoła niego zlewał się w jedną szarozieloną plamę. W momencie, gdy niewyraźna sylwetka zamajaczyła przed jego pędzącym wierzchowcem, instynktownie ściągnął z całej siły lejce. Koń przebiegł jeszcze z piętnaście metrów, zanim zatrzymał się całkowicie, ryjąc bruzdy kopytami w ubłoconej drodze. Jeździec jednak nie był tego świadom, gdyż zanim jeszcze zwierzę wyhamowało, zeskoczył on z niego wyćwiczonym ruchem i wisząc z boku na jednym strzemieniu, sięgnął po sztucer. Gdy spanikowane zwierzę wierzgało jeszcze i ciągnęło za uzdę, mężczyzna szybkim susem wyszedł do przodu, jednocześnie celując bronią w korpus przybysza.
– W otchłani ciemności zawsze lśni – zawołał dość głośno, by znajdująca się przed nim osoba usłyszała. Gdy po dwóch sekundach nie doczekał się odpowiedzi, krótkim szarpnięciem wprowadził nabój do komory, co poskutkowało metalicznym szczeknięciem.
Przybysz przez chwilę jeszcze stał nieruchomo, nie odzywając się. Po kilku sekundach ciszy jeździec usłyszał zmęczony głos starszego człowieka.
– Światło wiedzy, które poprowadzi nas do oświecenia – dokończył. – Witaj bracie, oczekiwałem ciebie.
Jeździec uspokojony zarzucił sztucer na plecy i podszedł do starszego mężczyzny. Z bliska zobaczył, że starzec miał około sześćdziesięciu lat i nosił przepisowy mundur armii pruskiej. Odezwę po polsku dokończył jednak bez śladów obcego akcentu, co pozwalało wiele wywnioskować o jego pochodzeniu. Nic jednak nie mówiąc, jeździec podszedł do przybysza i zapytał:
– To ty wysłałeś sygnał? Naprawdę zostało to zlokalizowane? W jednostce uznano to za kolejne problemy z tym telegrafem indukcyjnym, albo – co gorsza – kiepski żart.
– Gdyby to było tak proste, bracie. Ale niestety, wykopaliśmy to dzisiaj w placówce numer cztery. To musi mieć jakiś związek z obecnym wydarzeniem astronomicznym.
– Chodzi o zaćmienie? Dlatego kazaliście mi brać te bzdurne okulary?
– Tak. Artefakt zdaje się być w ścisłej korelacji z pozycją księżyca. Mieliśmy mały wypadek, gdy jeden z kopaczy wszedł do komory podczas początku zaćmienia…
– Coś mu się stało? – Zapytał jeździec z niepokojem w głosie.
– Nie wiemy. Po prostu zniknął – wyjaśnił cierpko starzec. – Musimy to zbadać, ale na razie nie wchodzimy w bezpośredni kontakt z obiektem. Jednak z uwagi na przemijalność zjawiska… Nie możemy pozwolić, by taka okazja się zmarnowała. Dobrze znasz nasze prawa.
Mężczyzna stojący przy koniu nie odpowiedział. Nie musiał. Wiedział już, dlaczego został tu wezwany.
– Ile zostało do końca zaćmienia? – spytał głosem wyzutym z emocji.
– Około dziesięciu minut. Nie będziesz robił problemów, prawda? Prosiłem o kogoś…
– Nie przejmuj się – przerwał mu cierpko — Znam dobrze przysięgę, którą złożyłem. Wiedz też, że wolałbym umrzeć niż ją złamać.
– Więc niech wieczna wiedza ma cię w swojej opiece, chłopcze – wyszeptał starzec, odwracając się w stronę lasu. To, co pozornie wydawało się zbitą leśną plątaniną gałęzi, rozstąpiło się przed nim, gdy pociągnął je w odpowiedni sposób. Kilkadziesiąt metrów dalej napotkali strukturę z betonu, zamkniętą żelaznymi drzwiami. Starzec pociągnął odrzwia, ukazując długi tunel oświetlony co kilkanaście metrów małymi karbidowymi lampkami.
– Gdzie? – zapytał cicho jeździec.
– Osiemdziesiąt metrów w głąb nasypu — rzekł przewodnik, wskazując nachylony lekko ku dołowi tunel. – Na boki są nasze kwatery mieszkalne. Nie musisz się nimi przejmować. Na końcu tunelu znajdziesz drewniane drzwi. Za nimi znaleźliśmy komorę.
Jeździec nie odpowiedział. Przez chwilę patrzył się na swoje buty, by w końcu odpowiedzieć: Zajmij się moim koniem, dobrze?
Starzec potaknął głową i patrzył jak młodzieniec schodzi w głąb wyrobiska. Przymknął lekko oczy, by nie widzieć błysku białego światła, które pojawiło się kilka minut później. Najmniejszy szmer nie zakłócił spokoju pomieszczenia, gdy starzec zaczął cicho płakać w swe pomarszczone dłonie.

            HAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHA — Śmiech Borzygniewa Grzmipały brzmiał donośnie w ciasnej celi do przesłuchiwania więźniów. Po chwili zaczął głośno klaskać, cały czas wyjąc ze śmiechu.
– No świetne! Absolutnie wybitne! Mógłbyś zostać artystą! Przypomnij mi zresztą, jakie jest twoje nazwisko?
Skuty pod ścianą mężczyzna chwilę nie odpowiadał, ale gdy stojąca po jego prawie stronie agentka z grubym kijem w ręku postukała nim o ścianę, szybko się opamiętał.
– Bałucki! Andrzej! Urodzony w zaborze pruskim! W roku….
– Cii. Cii, przecież mówiłem, że zaczniesz śpiewać. Wszyscy śpiewają prędzej czy później. Pytanie brzmi, jak mam się odnieść do twojej historyjki. Bo z mego punktu widzenia — niedbałym ruchem przesunął się tak, by patrzeć przesłuchiwanemu prosto w oczy — jest to stek bzdur. Coś kręcisz ptaszku. A masz śpiewać. Skinął na agentkę po prawej.
– Dobra, dobra zmyśliłem to! – szybko wysapał więzień, zanim sadystka zdążyła podnieść kij. – Nie było żadnego zakonu. Zmyśliłem czułe pożegnania. Ale musicie przyznać, że to było dobre… AU NIE PO PALCACH, NIE PO PALCACH.
– Dobre, nie dobre, my chcemy prawdy. Mam nadzieje, że nie będzie tak długa, tym razem.
Widząc wiszące nad nim widmo kolejnego razu, skuty mężczyzna wydyszał na jednym tchu.
– Jestem szabrownikiem! Przeszukiwałem stare ruiny w okolicznych bunkrach! W zaborze grozi za to więzienie, więc musiałem się ukrywać! Ten karabin znalazłem w jednej ze starych kopalń! Nie, NIE WIEM JAK DZIAŁA, NIE BIJ MNIE KOBIETO WIĘCEJ! W innej, głębszej kopalni znalazłem świecące się coś. No to dotknąłem, co miałem zrobić. Obudziłem się na tym polu, gdzie znaleźli mnie wasi żołnierze. NO PRAWDE MÓWIE, PROSZĘ NIE DRUGĄ RĘKE, NIE!!!
– Zostawcie go, drogie panie – Grzmipała rzekł nonszalancko. – Już nie kręci, dobrze się spisałyście. Ale nie wiemy jeszcze wszystkiego. Przyjmując, że rzeczywiście jesteś z wieku XIX, co się stało potem. Wiesz, mogę ci zdradzić, że są problemy z kontrolowaniem tych całych sił na moim terytorium — rzekł z marsowym wyrazem twarzy. – Twoja relacja może okazać się bezcenna. Tylko tym razem bez krętactw. Chyba że mam poprosić dziewczynki o podanie pomocnej ręki albo w tym wypadku kija?
– NIE NIE PROSZĘ! To było tak!

            Obudziłem się w polu. No normalnym ugorze. Nic tam nie rosło, poza chwastami. Zimno było. Wiatr wiał. Marzec i te sprawy. Myślałem przez chwilę, że po prostu walnąłem się w głowę w którejś z tych przeklętych jaskiń i w jakiś cudowny niewytłumaczalny sposób wypełzłem na zewnątrz w delirce. Rozejrzałem się dookoła z tępym wyrazem twarzy, ale nie byłem w stanie zobaczyć, gdzie mogłaby być ta jaskinia. Świecące coś mogło być warte nawet kilkadziesiąt marek.
Jaskini jednak nie znalazłem, mimo szczerych chęci. Zadowolony przynajmniej, że dziwną broń znalezioną wcześniej wciąż mam na plecach, stwierdziłem, że nie ma co stać w miejscu i mogę przynajmniej schronić się przed przeszywającym wiatrem w lesie. Skórzany płaszcz i ukradziony na rynku w Breslau melonik całkowicie mi przemókł. Odwracając się w stronę widocznych w oddali drzew, odczułem jednak nagły szok!
Oto bowiem Behemot, stalowa konstrukcja o niewyobrażalnych rozmiarach stała na horyzoncie! Słyszałem pogłoski o wieży we Francji, co ją budowali dla uczczenia czegoś, ale żeby tu, w Niemczech? Stało to jednak, na przekór moim dziwom i krzywieniom oczów.
Po chwili wzruszyłem ramionami. Może to jakiś nowy most nad Oderą? Szwaby szybkie budownicze są, mogłyby coś takiego postawić. Zbyt wiele dni spędziłem w rynsztokach Breslau, może coś mi umknęło.
W tym momencie pamiętam, że wspominałem swego tatusia. Nigdy się do mnie nie przyznał, tak samo jak nigdy oficjalnie nie pojął za żonę mej mamy. Pamiętam, jak myślałem o tym, że Bałucki to w sumie za Polskie nazwisko jak na Niemcy i, że może powinienem je zmienić. Długo te moje bzdurne myślenia nie trwały, bo oto zobaczyłem, że coś się rusza wzdłuż linii drzew!
Moje pierwsze myśli brzmiały: PARTYZANTKA POLSKA! Oni bowiem czasami, dla zwiększenia szans ataku z ukradka ubierali się w gałęzie, by się ukryć w lesie. Ale potem chciałem walnąć się w czoło za swoją głupotę. Partyzanci, tu, w środku Niemiec? Nie może być!
Po chwili dopiero dotarło do mnie, że stoję jak ciołek pośrodku pola, doskonale widoczny. Co gorsza, zobaczyłem także, że ci partyzanci noszą ze sobą jakieś dziwne czarne sztucery, które kierują w moją stronę! Moją instynktowną głupotą, chciałem najpierw sięgać, po ten magiczny półmosiężny sztucer com go wygrzebał w tej kopalni, ale szybko zdałem sobie sprawę, że jednak życie mi miłe. Gdy przebrany za naturę oddział zbliżył się do mnie na odległość dwudziestu kroków, szybkim gestem rzuciłem broń na ziemie i starając się brzmieć jak najrubaszniej, zawołałem:
GUTEN TAG! DU DORT!
– Ty, patrzcie, jakiś Niemiec — pierwszy ze śmiesznie ubranych żołnierzy zawołał po polsku do swojego kumpla obok. Zaczęli chichotać.
– WITAM PARTYZANTÓW! – Szybko zacząłem z drugiej strony, starając się nie tracić inicjatywy. – Ja tu Polak, ja nie przeszkadzam! Zaraz będę wracać do Breslau.
Z grupy kuriozalnie odzianych młodzieńców (Wydawali się strasznie młodzi jak na regularną partyzantkę, ale kto tam zna tych patriotów, przecie wiadomo, że w młodym wieku najbardziej się to udziela), wyłonił się jeden, starszy od wszystkich. Dawałbym mu ze trzydzieści wiosen. Położył mi rękę na ramieniu (nie protestowałem, bardziej byłem skupiony na króciutkich sztucerach trzymanych przez jego kompanów, których lufy były skierowane w mój żołądek), a drugą podniósł upuszczony przeze mnie karabin. Na to również nie zaprotestowałem. Zdziwiłem się jednak niemiłosiernie, gdy ten człowiek wyciągnął ze swojego śmiesznego kombinezonu czarne pudełko i zaczął do niego gadać! Pomyślałem co za czary? Czy ten człowiek postradał zmysły?    Długo tak jednak nie myślałem, bo po chwili pudełko odpowiedziało! Moje zdziwienie nie znało granic. Oczywiście futurologowie wybąkiwali coś o bezprzewodowym telegrafie, który ma być tylko o rzut kamieniem od nas, ale żeby tak już!? I to w rękach POLSKCH PARTYZNATÓW?!!? Aż przysiadłem na mokrej ziemi z wrażenia.
Następne pół godziny pamiętam jak przez mgłę. Ich lider, co gadał do tego pudełka, kazał prowadzić siebie do miejsca, w którym ostatnio byłem. Jakoś udało mi się zlokalizować pagórek, w którym była ta nieszczęsna jaskinia, ale nie został po niej żaden ślad! Partyzanci dokładnie przeszukali teren, ale nie odnieśli żadnego sukcesu. Ich przywódca był szczególnie niezadowolony. Bez przerwy mnie o coś wypytywał, wplatając w swój słowotok słowa, których kompletnie nie rozumiałem! Co to do diaska jest zrzut spadochronowy? I co to był za nonsens z prezydentem Grzmipałą? Co to w ogóle za nazwisko?
Po tym, jak pudełko powiedziało szefowi, że mamy gdzieś iść, cały oddział ruszył za nim, oczywiście ciągnąć mnie za sobą. Leźliśmy przez mokry las po bezdrożach. W pewnym momencie jeden z nich nawet oddał mi mój karabin! Nie byłem z tego powodu jednak szczęśliwy. Nie miałem najmniejszego powodu atakować tych ludzi, a to cudo ważyło z sześć kilogramów! Na szczęście po tym, jak postraszyłem lufą ich przywódcę, karabin został mi ponownie odebrany. Zyskałem za to szramę na szyi i kajdanki na ręce. Coś za coś.
Ostatni kilometr od celu tych szaleńców to był koszmar. Kazali mi biec, a jednocześnie rozległy się strzały ze sztucerów! Biorąc pod uwagę ich ilość, musiała być to cała armia! Jakie było moje zdziwienie, gdy jeden z moich przewodników wyjął swoje urządzenie i oddał z niego serię kilkudziesięciu strzałów w ciągu paru sekund! Nie zdążyłem pomyśleć, że to jest niemożliwe, gdy nagle poczułem kilka tępych uderzeń w brzuch. W mej głowie zawirowało i gdy podniosłem rękę pod twarz, zobaczyłem krew. Dużo krwi. Biegłem jednak dalej.
Dotarliśmy w końcu do czegoś, co można by nazwać umocnieniem. Dużo betonu dookoła. Partyzanci rzucili mnie na ziemię i zawołali kogoś, by opatrzył moje rany. Nie byłem jednak w stanie na to patrzeć. Gdy dookoła świstały pociski, straciłem przytomność. Obudziłem się w tej celi. To wszystko panie Borzygniewie.

            Borzygniew Grzmipała długo patrzył na mnie swoimi przymrużonymi oczyma. Agentki po obu stronach ściskały w rękach kije. W końcu jednak lekko się zaśmiał i kazał mnie rozkuć.
Nie wierząc w swoje szczęście, masując nadgarstki opuchnięte od stalowych pierścieni, szedłem za nim korytarzem. Prezydent mamrotał pod nosem.
– Tak, tak, nadasz się, och, nadasz.
Miejsce, do którego dotarliśmy, można było od biedy nazwać mównicą. Borzygniew Grzmipała długo przemawiał o rzeczach, o których nie miałem zielonego pojęcia, lecz w końcu usłyszałem moje nazwisko.
– A teraz pragnę uhonorować Andrzeja Bałuckiego medalem za zasługi w czasie wojny! Jednocześnie moim dekretem od dzisiaj Bałucki zostaje mianowany Ministrem Spraw Nieprawdopodobnych! Wielkie brawa dla osoby, która przyciąga sobą wszystko to, co niezrozumiałe w Cebulostanie! Dzięki niemu życie nigdy już nie będzie nudne!
Stałem tak bezsilnie i bez ruchu, gdy prezydent powoli zbliżał się do mnie z medalem. Śmiesznie ubrani partyzanci poniżej klaskali. W momencie, gdy medal miał być przypięty do mej piersi, zobaczyłem, że obiekt, z którego został wykonany, nagle rozbłyskuje oślepiającym światłem. Zanim objął wszystko dookoła, byłem w stanie zobaczyć szeroki uśmiech Grzmipały, który lekko cofnął się po przypięciu plakietki. Tknięty złym przeczuciem spojrzałem w górę. Powyżej mnie unosił się wirujący, rozbłyskujący wielobarwnymi światłami latający spodek. Gdy poczułem, że moje nogi odrywają się od ziemi, w głowie kołatała mi się tylko jedna myśl.

Poważnie!?!?

O autorze:

Podróżnik w czasie – amnesty betonational walczy o jego uwolnienie z rąk siepaczy prezydenta Cebulostanu od marca, jednak z marnym skutkiem. Bożygniew wypiera się, twierdzi, że podróżnika porwali kosmici.
PS. Kosmici twierdzą, że go oddali, bo opowiadał dziwne historie.

DSCI1249


Spodobał Ci się ten wpis? Udostępnij go na Facebooku!

Polub nas na Facebooku i obserwuj na instagramie, by nie przegapić kolejnych wpisów.

Reklamy

Informacje o Edzia

Studentka informatyki, która w wolnym czasie lubi biegać po lesie z karabinem. Nałogowo czyta powieści Stephena Kinga (i nie tylko) i pije herbatę. Jest wytrzymała, systematyczna i punktualna. Można o niej powiedzieć, że jest wzorową uczennicą, grzeczniutką i milusią. Ci, którzy tak mówią, nie widzieli jej z karabinem w ręku. Jeśli Cię nie lubi, lepiej uciekaj albo od razu skocz z mostu. Pomimo trójki młodszego rodzeństwa uwielbia dzieci. Najchętniej kupiłaby grupkę małych Murzyniątek i niańczyłaby je. Mistrzyni Photoshopa.
Ten wpis został opublikowany w kategorii ASG, Relacje, Wielka Fabularna Wymiana Kompozytu i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s